Roger Taylor z Queen Rzadkie Nagrania fanstrona

"Z zawodu jestem muzykiem, to całe moje życie i nie chcę go stracić dla jakiejś łatwej emerytury"

Wywiad dla MODERN DRUMMER, 1984 rok.

Przeprowadził - Robert Santelli

O powodzeniu wywiadu w największym stopniu decyduje jego przygotowanie. To w tym momencie pytający wyrabia sobie zdanie o swoim rozmówcy. Lecz próba podsumowania dokonań Rogera Taylora z zespołu Queen okazała się niełatwa. To właśnie spojrzenie Taylora na własny zawód przysporzyło mi najwięcej kłopotów. W końcu był to perkusista jednego z najbardziej znanych angielskich zespołów lat 70-tych aż po dziś dzień, mający na koncie ponad 50 milionów przedanych płyt. Miałem odczucie, że Taylor nie uważał siebie za perkusistę, jakkolwiek jest nim już od czasów dzieciństwa. Jednocześnie starał się dać do zrozumienia, że nie ma zbytniego pojęcia o technicznych aspektach grania na perkusji, choć zawsze był szanowanym i bardzo wartościowym perkusistą. Problemem było jednak to, w każdym razie takie słyszało się zdania w biznesie, że Taylor nawet nie lubił rozmawiać o perkusji. A teraz właśnie ze wszystkich magazynów wybrał "Modern Drummer" [z ang. nowoczesny perkusista] i zgodził się udzielić wywiadu. Trudny wywiad? Tak to z pewnością się zapowiadało. W drodze do hotelu Manhattan, gdzie właśnie rezydował zespół Queen, wyobrażałem sobie jak Taylor odmawia odpowiedzi na moje pytania. Jeśli nie chciał rozmawiać o perkusji czy graniu na niej, to o czym mielibyśmy rozmawiać? O podsumowaniach w stylu: większość ludzi słuchających muzyki rockowej kocha Queen, bądź nienawidzi ten zespół? Możliwe, że dałoby się porozmawiać o problemach jakie zespół Queen miał przez te wszystkie lata z prasą. Zawsze był Freddie Mercury, śmiały i często bezpruderyjny wokalista zespołu. A może wywiad potoczy się w stronę radości z bycia gwiazdą? Któż mógł wiedzieć? Jakkolwiek by nie było, szykowałem się na długie popołudnie, lub krótkie, zależy jak na to spojrzałem. Jak się okazało, Roger Taylor był jak najciekawszym 'obiektem'. Rzeczy, które wcześniej o nim słyszałem, lub o których czytałem, były, w większości, nieprawdziwe. Taylor odpowiedział na wszystkie moje pytania, nawet te szczegółowe dotyczące bębnów - i zrobił to w tak ciepły i przyjazny sposób, że nie można było czuć się w jego towarzystwie niekomfortowo. To prawda, że Taylor nie lubi być uważany za perkusistę w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. I niespecjalnie lubi rozmawiać o sekretach swoich instrumentów i sposobie, w jaki na nich gra. Lecz miał swoje powody i to właśnie one spowodowały, że rozmowa była tak interesująca.

ROGER TAYLOR by ROBERT SANTELLI
Jesteś perkusistą, który nie tylko gra na perkusji, ale i śpiewa, komponuje oraz wywiera duży wpływ na kierunek, w którym zespół Queen podąża. Niektórzy perkusiści pomyśleliby, że to strasznie wielka odpowiedzialność. Czy tak jest?
Nie sądzę. Wydaje mi się, że perkusiści zbyt często cierpią brak swojego wizerunku w grupie. Tradycyjnie uważani są za tych głupich w zespole rockowym. To trochę nie w porządku, a co za tym idzie, bycie perkusistą jest czasem nie godnym pozazdroszczenia zadaniem. W tym co robię jest odpowiedzialność, ale to miło poszerzać swoje horyzonty. Dziś to śmieszne, ale uważam siebie bardziej za muzyka niż perkusistę.
Skąd ta zmiana?
Chyba stąd, że dużo czasu spędzam za konsoletą. Poza tym połowa mojej pracy w Queen to gra na perkusji; druga połowa to śpiewanie. Zacząłem jako perkusista, a potem doszły śpiewanie i komponowanie.
Jak balansujesz śpiewanie i pisanie z graniem?
O dziwo, śpiewanie i granie symultanicznie nie było nigdy dla mnie kłopotem, choć znam perkusistów, dla których było. Widzisz, kiedy byłem w szkole, spiew został na mnie wymuszony pewnym zdarzeniem - kiedy wokalista zespołu, w którym grałem nagle zszedł ze sceny. A my musieliśmy kontynuować występ, a ja musiałem śpiewać. Tak w skrócie zostałem wokalistą.
Brzmi bardzo spontanicznie.
Bo w pewnym zakresie tak było. Lecz przedtem śpiewałem już trochę w chórkach. Okazało się, że granie i śpiewanie jest dużo prostsze niż mi się zdawało. Wyobraź sobie, jak to było dawno. Nigdy nie miałem problemu z czasem, co było dużym plusem. Lecz mówiąc o sferze fizycznej - to było bardzo wyczerpujące. Już sama gra na perkusji jest wymagająca.
Czy robisz coś, by utrzymać się w formie?
Chciałbym. Zastanawiam się nad zakupem jakiegoś sprzętu gimnastycznego do domu, ponieważ staję się starszy. Zdecydowanie to czas już zacząć dbać o siebie.
W jaki sposób wpływasz na pisanie utworów? Czy zawsze pisałeś?
Nie, nie pisałem. Kiedy zaczęliśmy z Queen i pierwszy raz spotkałem Briana [Maya, gitarzystę Queen], nie byłem na tyle dobry w grze na gitarze by pisać. Lubiłem grać na tym instrumencie i w końcu nauczyłem się pisać oglądając i słuchając innych. Na początku nie było to łatwe, a powstające utwory dalekie były od świetności.
Jak wygląda u Ciebie pisanie utworu? Czy jest w tym jakaś Twoja osobista metodologia?
Dziś łatwiej pisze mi się melodyjnie na klawiszach, ponieważ pianino jest bardziej dostosowane, tak mi się zdaje, do pisania niż jakikolwiek inny instrument. W rzeczywistości gitara jest całkiem skomplikowanym instrumentem, jeśli próbujesz komponować melodyjnie. Musisz zgrać wszystkie akordy, i oprócz tego dodać coś wybijającego się. Na klawiszach możesz napisać cały utwór ot tak. Tak więc ja używam sekwencera czy czegoś takiego i klawiszy do pisania.
Na ilu instrumentach grasz?
Gitarze, klawiszach i bębnach. To wszystko, choć robię też nieco eksperymentów z elektroniką. Właśnie mam sekwencer Simmonsa. Sekwencery są całkiem dobre. Używałem Simmonsa w połączeniu z regularnym zestawem perkusyjnym już od jakiegoś czasu. Problem z robieniem tego jest taki, że trzeba poświęcić trochę czasu, by perkusja brzmiała dobrze.
To Ty napisałeś utwór "Radio Ga Ga" z najnowszego singla Queen do płyty "The Works". To bardzo interesujący utwór. Skąd wziąłeś na niego pomysł?
Spodobał mi się tytuł, a potem napisałem słowa. Stało się to w takiej właśnie kolejności, co jest nieco dziwne. Utwór jest trochę pomieszany co do tego, co chciałem powiedzieć. Mówi o tym, jakie kiedyś radio miało znaczenie, mówiąc od strony historycznej, przed telewizją i jak było ono dla mnie ważne kiedy byłem dzieckiem. To było pierwsze miejsce, gdzie usłyszałem rock'n'roll. Dużo słuchałem Doris Day, jakieś kilka razy dziennie, słuchałem także Billa Haleya i Elvisa Presleya. Dziś wydaje się, że wideo - wizualne oblicze rock'n'rolla - stało się ważniejsze niż sama muzyka, zbyt ważne. Mam na myśli tutaj, że muzyka powinna być uciechą dla uszu niż oczu.
Nie jest tajemnicą, że dziś zespoły piszą utwory raczej z wizualizacją w myśli niż z muzyczną treścią.
Prawda. Uważam to za złe. Powinno być odrotnie, czyż nie tak? To trochę głupie, by nie powiedzieć ironiczne, ponieważ dzis aby wypromować singel potrzeba kosztownego teledysku.
Wracając na chwilę do albumu. Poza "Radio Ga Ga", czy grałeś kluczową rolę w nagraniu jeszcze innego utworu z płyty?
Członkowie Queen w ten czy inny sposób biorą udział w aranżowaniu wszystkich utworów.
W 1981 roku wydałeś solowy album "Fun In Space" [zabawa w kosmosie]. Z punktu widzenia perkusisty, jakie doświadczenia łączą się z albumem solowym?
Ten album powstał w lekkim pośpiechu. Wydawało mi się, że skończą się moje nerwy, jeśli nie ukończę tego szybko. No i nagrałem ten album zbyt szybko. Spędziłem większość ostatniego roku kiedy nie nagrywaliśmy "The Works" nagrywając kolejny album. Ten jest już innej klasy niż ten pierwszy. Jest dużo, dużo lepszy.
W jakich kwestiach? Czy możesz to określić?
Po pierwsze, przygotowanie go zajęło mi rok. Upewniłem się, że utwory były mocniejsze i po prostu lepsze. W procesie doboru odrzuciłem wiele utworów. Nagrałem także dwa covery innych muzyków, z których jestem zadowolony. Nagrałem własną wersję "Racing In The Street" Bruce'a Springsteena. Zawsze podobał mi się ten utwór. Nagrałem go w umiarkowanym tempie. Jego wersja, oczywiście, jest bardzo wolna. A drugi utwór to bardzo stary 'protest song' [piosenka-protest] Dylana, który wykonałem na sposób, możnaby rzec, elektroniczny. Ten utwór to "Masters Of War" [panowie wojny]. Co dziwne, wiele z tych słów do dziś znajduje uzasadnienie. Ten utwór nagrałem wolniej niż "Racing...", lecz bardzo elektronicznie. Używam w nim sprzętu Linna. Całkiem ładnie to wypada.
Co skłoniło Cię do solowych nagrań?
Wydawało mi się, że staję się bardziej twórczy i chciałem więcej przestrzeni niż dawał mi zespół Queen. Chciałem, tak mi się zdaje, być kimś więcej niż członkiem zespołu.
Kiedy piszesz jakiś utwór, skąd wiesz czy powinien to być utwór Queen czy solowy?
To zależy od tego, co w danym momencie robimy. Jeśli coś napiszę, a pozostałym członkom Queen się spodoba - zostaje to dla Queen.
Czy kiedykolwiek zezłościłeś się, że utwór, który został dla Queen byłby idealny na Twój solowy album?
Jak na razie nic takiego się nie przydarzyło, ponieważ miałem jedynie dwa albumy solowe. Mój wkład nigdy nie był tak wielki, na albumach nie znajdowało się więcej niż kilka moich utworów. Wydaje mi się, że te bardziej osobiste utwory zatrzymuję dla siebie. "Radio Ga Ga" zdecydowanie znalazłoby się na albumie solowym, gdybym wtedy akurat zajmował się nagrywaniem go.
Wspomniałeś, że lubisz poeksperymentować z elektroniką. Czy to coś nowego dla Ciebie?
Nabyliśmy w Szwajcarii studio, a ja zdecydowanie lubię bawić się tymi wszystkimi zabawkami, które tam są. Na pewno teraz jestem bardziej na bieżąco z takimi nowymi gadżetami niż jeszcze jakiś czas temu. I z pewnością jestem na nie bardziej otwarty niż kiedyś. Dla przykładu, kiedy pojawiły się bębny elektroniczne nie spodobały mi się, bo nigdy nie lubiłem brzmienia bębna basowego. Ale znalazłem dziedzinę, w której bęben Linn jest dużo lepszy i tam go używam. Zauważam, że ludzie twierdzący, że z Linna nie można wyciągnąć ludzkiego dźwięku przesadzają. Oczywiście jest w tym trochę prawdy, ale większość perkusistów będących przeciwko bębnom elektronicznym boi się po prostu stracić swą żywotność. To stanowi zagrożenie, ponieważ teraz bębny są naprawdę dobre. Mam na myśli to, że można je zaprogramować z lekkimi różnicami czasowymi - jak to jest w normalnych bębnach. Można wymusić uderzenie czy też je opóźnić. Wszystko można zrobić i to bardzo łatwo. Można spowodować by brzmiały bardzo ludzko, bo istnieje już odpowiednia technologia, po prostu nie można tego zignorować. W tym biznesie nie można być retrogresywnym. To tak jak ze Związkiem Muzyków w Anglii: Związek przyjął śmieszne stanowisko i starał się zabronić syntezatorów. To jak stać na drodze pociągowi ekspresowemu. Nie zatrzymasz go.
Czy wchodzi w grę myśl, że będziesz kiedyś grał jedynie na elektronicznej perkusji?
Myślę, że to całkiem możliwe. Mam na myśli to, że mój nowy album nad którym pracuję ma całe mnóstwo elektronicznych bębnów. Także na albumie "The Works" jest jeden utwór, w którym przedstawiłem tą sytuację całkiem dobrze, a nazywa się "Machines". Ogólnie rzecz biorąc, wszystko zaczyna się od elektroniki - elektronicznych bębnów i tego wszystkiego. A tu nagle pojawia się 'ludzki' zespół rockowy. Co z tego wynika? Walka pomiędzy tymi dwoma.
Kiedy komponujesz piosenki, w jaki sposób dostosowujesz do tego perkusję?
Często zaczynam elektronicznie, a potem dostosowuję i nakładam na to bębny akustyczne. Oczywiście każdy utwór jest inny, lecz zazwyczaj rozpoczynam komponowanie z Linnem czy Simmonsem. Nie zawsze jednak da się postąpić w ten sposób. Czasami powstaje z tego katastrofa.
Czy możesz podać przykład takiego niewypalu?
Jeśli weźmiemy pod uwagę jakiś utwór z żywym tempem, który otrzymuje się za pomocą pudła, a potem nakłada się na to prawdziwą perkusję, powstanie coś brzmiącego okropnie. W sumie wszystko sprowadza się do mikrofonów. Dziś nierzadko daje się ich zbyt wiele. Chodzi mi o to, że na przykład 15 mikrofonów wokół zestawu to absurd. Wszystkie najlepsze dźwięki uzyskane przeze mnie powstały przy użyciu 4-ch do 5-ciu mikrofonów.
Wspomniałeś wcześniej o swoim zainteresowaniu pracą za konsoletą w studio. Co spowodowało to zainteresowanie? Czy była to tylko kwestia bycia ponad swoją profesję?
Nie koniecznie. Po prostu przekonałem się, że całkiem nieźle idzie mi praca za konsoletą. I oczywiście spędziłem pół życia w ciągu tych ostatnich dwunastu lat za konsoletą, tak więc miałem szansę przekonać się o ich potencjale. Nie mogłem nic poradzić na to, że po prostu miałem pojęcie o tym co się dzieje za konsoletą. Wydaje mi się jednak, że studia nagraniowe przechodzą teraz proces zmian. Czy to się ludziom podoba, czy nie, pokoje z konsoletą stają się 3, 4 razy tak duże jak same studia, a studio staje się 3,4 razy mniejsze.
W takim razie z pewnością powinieneś doradzać młodym perkusistom wchodzącym do biznesu, aby uczyli się ile się da o procesie produkcji nagrań, by nie dali się prześcignąć wszystkim innym i nie przepuścili przez palce takiej wiedzy.
Będą musieli. Oczywiście wszystko zalezy od tego, jak głęboką wiedzę chcesz posiąść. Jeśli chcesz być tylko perkusistą i grać na bębnach to wystarczy. Mnie się wydaje to bardzo krótkowzroczne i ograniczone. Nigdy nie mógłbym być tylko perkusistą, jeśli rozumiesz o co mi chodzi. Młodzi perkusiści naprawdę powinni nauczyć się technicznej strony swojego zawodu. Jeśli tego nie zrobisz, wypadniesz z biznesu. Każdy jest to winien sobie i swojemu talentowi, by robić jak najwięcej się da.
Jak myślisz, dlaczego Anglia jest na czele jeśli chodzi o elektronikę?
Nie wiem. To z pewnością prawda, ale nie wiem dlaczego tak jest. Może odpowiedź na to pytanie da się znaleźć w podejściu do rzeczy przez tutejszych muzyków, a może od sposobu, w jaki wychowywane są tutaj dzieci. Nowe pokolenia są jakby karmione od urodzenia muzyką popularną. Ten stan rzeczy odnosi się również do Ameryki. Anglicy postrzegają muzykę jako formę uwolnienia, ponieważ standard życia jest niski - sporo niższy niż w Stanach. Dla przykładu, nikt w Anglii nie ma klimatyzacji. A w Ameryce nie znajdziesz miejsca, gdzie by jej nie było. Dla Amerykanów klimatyzacja to coś obowiązkowego. W Anglii prawie się o niej nie słyszy.
Queen rozpoczęli grę w 1971 roku - jakieś 13 lat temu. Co robiłeś zanim uformował się zespół?
Freddie [Mercury] i ja staraliśmy się zarobić na życie. Byłem w college'u, ale rzadko uczęszczałem na zajęcia. Mimo tego dostawałem stypendium, z którego finansowałem sklepik, w którym Freddie i ja sprzedawaliśmy rękodzieła. Sprzedawaliśmy to, co wytworzył Freddie i jego koledzy z college'u plastycznego. Tak na początku udawało nam się utrzymać zespół.
Czy Ty także byłeś artystą?
Nie. Studiowałem stomatologię, a potem zrobiłem dyplom z biologii. Ze stomatologii nigdy nie uzyskałem dyplomu.
Czy byłeś w jakimś zespole z Freddiem przed Queen?
Nie. Byłem w zespole z Brianem, jakkolwiek Freddie kręcil się w tamtym czasie w pobliżu. Był w kilku zespołach, a zawsze miał tak silną osobowość, że zmuszał się do rozwoju, ponieważ wtedy nie był jeszcze tak dobrym piosenkarzem. Teraz jest wspaniały - wewnętrznie pewny. Nie mogłem w to uwierzyć. Mieliśmy sesję z Rodem Stewartem i Jeffem Beckiem, a Freddie był z cztery razy głośniejszy. Ma wspaniałą projekcję. W każdym razie Brian i ja graliśmy razem, jak już powiedziałem. To był trzyosobowy zespół o nazwie Smile. Kiedy się rozpadł, Freddie, Brian i ja zdecydowaliśmy się formować wspólnie zespół. To był rok 1970. Tak rozpoczął się zespół Queen.
W tamtym czasie, którzy perkusiści byli dla Ciebie inspiracją? Kogo słuchałeś?
Zawsze podziwiałem Johna Bonhama, choć w Anglii nie był za bardzo w modzie. Dla mnie jednak był to najlepszy perkusista , jaki kiedykolwiek żył. Jestem pewien, że wiele ludzi mówi to Tobie w wywiadach.
Większość mówi Bonham.
To prawda. Nikt nie jest w stanie czegokolwiek mu zarzucić. Był innowatorem szczególnego stylu gry na perkusji. Miał najlepszy dźwięk bębnów i był najszybszym graczem. Mówiąc wprost: był najlepszy. Chociaż nie był osobą, z którą dogaduje się najłatwiej. Jego wpływ na dzieje muzyki był wielki. Potrafił z jednym pedałem bębna basowego zrobić to, czego inny perkusista nie dokonałby z pomocą trzech. Był także pełnym energii perkusistą. Led Zeppelin w sumie byli bardziej popularni w Stanach niż w Anglii, jak wiesz. Trzeba być perkusistą by całkiem zrozumieć, jak dobry był Bonham. Przeciętna osoba na ulicy nie odróżniłaby Bonhama od heavymetalowego bębniarza.
Dlaczego tak jest?
Przeciętna osoba nie zna się na subtelnościach gry na perkusji lub na tym, jak trudne były niektóre rzeczy, które grał.
W tamtym czasie jaki miał on wpływ na Ciebie i Twój styl?
Duży. Wydaje mi się, że teraz jest w zespołach wielu perkusistów, którzy miernie naśladują Bonhama. Jest ich tylu, a nie mają nic własnego stylu. To tylko styl Johna Bonhama, do którego brzmienia niestety nie potrafią się zbliżyć.
Jak perkusiści oceniają czy nie są jedynie średnimi naśladowcami?
To sprawa indywidualna. Trzeba wyrobić własny styl. Jeśli nie jesteś wystarczająco dobry zauważysz, które rzeczy idą Ci najlepiej. I wydaje mi się, że te rzeczy należałoby rozwijać.
Co zrobiłeś, by nie stać się kopią Bonhama?
Nie chciałem brzmieć tak jak on, bo już wtedy zdawałem sobie sprawę z tego, że jest to bezcelowe. Taka jest prawda, niezależnie od tego, jak bardzo podziwiasz danego artystę. Więc starałem się wprowadzić pewne aspekty jego stylu domojego własnego.
Jakieś w szczególności?
Oczywiście bęben basowy. Chodzi o to, że Bonham wymyślił całą szkołę ciężkiego grania na bębnie basowym. Nauczyłem się wiele z samego już słuchania albumów Led Zeppelin.
A co sądzisz o Keithie Moonie?
Keith Moon był swietny. W początkowych latach był naprawdę nesamowity. Miał całkowicie unikalny styl; niczego nikomu nie był winien. Pierwszy raz widziałem jak grał z The Who w '64 czy '65. To było wspaniałe. The Who był świetnym zespołem - prawdziwa energia, prawdziwa sztuka. Uwielbiałem ich. Niszczenie instrumentów to było coś, o czym się w muzyce nie słyszało.
Kiedy zacząłeś grać na perkusji?
[Zastanawia się] Dokładnie nie pamiętam. Czy uwierzysz? Będę zgadywał i powiem, że dziewięć czy dziesięć lat. Pamiętam uderzanie w patelnie matki drutami. Potem ojciec odnalazł stary werbel, a później talerz. Wtedy nie dostawało się całych zestawów. Nawet gdybym miał cały zestaw, nie wiedziałbym co z tym zrobić. Wielkim momentem dla mnie było zebranie przez ojca zestawu Ajax. Składał się on z jednego tom-toma, jednego bębna basowego, jednego werbla i jednominutowego talerza Zildjian. Dopiero po jakiś dwóch latach dostałem high-hata. Perkusja była instrumentem, w którym jakoś naturalnie czułem się dobry. Okazało się, że nauka gry na gitarze idzie mi gorzej. Z perkusją jest tak, że albo masz czas, albo nie. Jeśli go nie masz, nie ma szansy być dobrym. Nie można nikogo nauczyć czasu. A dla mnie proste było zagrać rzeczy takie, jak "Wipe Out". Wtedy tak się robiło. Ale nigdy zbytnio nie przykładałem uwagi do technicznej strony grania.
Jak mniemam, nie brałeś nigdy lekcji?
Nie, nigdy. Ale w sumie sam ich udzielałem, wierz lub nie. [Śmieje się]
Dziś nadal nie potrafisz czytać nut?
Bardzo wolno, ale nie podczas gry. Zawsze wydawało się to dla mnie bez znaczenia. Uważałem, że to co się wydobywa z mojego wnętrza jest tym, co powinienem grać. Zawsze gdy widzę Carmen Appice'a, robi coś niezwykłego. Równie dobrze mógłby rozmawiać o herbatnikach. Nie bardzo interesuje mnie techniczny aspekt grania na perkusji.
Gdzie poszedłeś kiedy dostałeś pierwszy zestaw perkusyjny?
Koledzy i ja założyliśmy zespół szkolny. Byliśmy okropni - naprawdę okropni. Nie mieliśmy żadnego wartościowego sprzętu. Zawsze jest tak, że dobre zespoły powstają z zespołów szkolnych. Zawsze byłem liderem w tych zespołach. Musiałem dość się wybijać. W połowie lat 60-tych wygraliśmy kilka konkursów. To było swego rodzaju przełomem dla mnie. Potem także zacząłem śpiewać. I tak rozpoczęła się moja kariera.
Dlaczego bębny?
Hmmm, po pokoju chodziłem z rakietą tenisową i udawalem, że gram na gitarze. Lecz perkusja była hałaśliwa i okazałem się lepszy w grze na niej. Plus bardziej mi ta gra odpowiadała.
Czy Beatlesi mieli wielki wpływ na Ciebie kiedy byłeś dzieckiem?
Nie, wcale. Kiedy po raz pierwszy się rozeszli nie można było się wybić. Beatlesi byli wszystkim. Nigdy jednak za nimi nie szalałem - dopóki nie wydali płyty "Revolver". Tu mnie mieli. Album był wspanialy i mocno mnie uderzył. Przedtem jednak wolałem The Who i The Yardbirds.
Z takimi wpływami jak The Who czy The Yardbirds, czy nie wydaje Ci się dziwne, że grasz w zespole uważanym za skomercjalizowany art-rock?
Nie bardzo. Trudno stanąć z boku i widzieć zespół jak inni go widzą. Jaki jest wygląd zespołu dla publiki? Czy widzą łańcuch okładek płyt? Naprawdę nie wiem. Wiem za to, że nie uważam Queen za zespół art-rockowy. Kiedy myślę o art-rocku widzę Roxy Music.
Queen naprawdę mieli ciężko z prasą, zwłaszcza amerykańską.
To prawda.
Jak się Tobie wydaje, co ich zeźliło? Przypominam sobie niektóre obraźliwe artykuły w czasopismach pokroju Rolling Stone kilka lat temu.
Nie znoszę tego magazynu. są tacy aroganccy. I to jest problem. Jesteśmy dość aroganccy jako zespół. Mieliśmy takie momenty, kiedy byliśmy otwarcie bez gustu. Lecz oskarżano nas także o muzykę manufakturową, co jest niesprawiedliwe. Po prostu byliśmy samogenerujący się. Nikt nigdy nas nie produkował. Oskarżano nas również o bycie faszystami. To było w czasach "We Will Rock You". Niektórzy ludzie twierdzili, że ten utwór to była manipulacja. A nie było to bardziej faszystowskie niż "What'd I Say" Raya Charlesa. Raz Rolling Stone napisała na nas artykuł polityczny. Zdaje się, że ten facet był głuchy albo bateria mu wysiadła. To budzilo niepokój. Dziennikarze mieli podejści pseudo intelektualnej wyższości do wszystkiego. A swoimi zmysłami nie pojmują niczego. Byli napastliwi, a ja napisałem im bardzo napastliwy list, który Ci wydrukowali.
Mówiąc o poza muzycznych decyzjach w Queen - decyzjach biznesowych, organizacyjnych - jak dużą rolę odgrywałeś?
Queen jest bardzo demokratycznym zespołem. Wszystko sprowadza się do głosowania. Jeśli jest to trzy do jednego, trzy wygrywa - chyba, że ten jeden ma obiekcje lub powie, że czegoś nie zrobi - wtedy tego nie robimy.

[powrót]

© Projekt i treść Tigerlily aka Rory Eleanor

E-mail: tigerlily@queenzone.com